In English

Claude Hay w Polsce

opublikowano w dziale Polska

Trwa trasa kon­cer­towa Claude’a Haya (fot. strona domowa artysty) – Australij­czyka, którego pol­ska publicz­ność poznała za sprawą kon­certu na tar­nobrzeskim festiwalu Satyr­blues. Muzyk odwiedził już War­szawę – z pierw­szym z dwóch tam­tej­szych kon­cer­tów, a dziś, to jest 5 lipca, wystąpi w Rzeszowie w Studiu Pol­skiego Radia Rzeszów. Kolejne kon­certy odbędą się 6 lipca w Przy­bysławicach, 7 lipca w War­szawie, 10 lipca w Toruniu i 11 lipca w Kartuzach.

Zachętą do wybrania się na występ Claude’a Haya niech będzie wywiad opublikowany wcześniej w Magazynie Gitarzysta, jaki z artystą – o nocowaniu na plaży, grze na ścien­nych dekoracjach i gitarach z kuchen­nego blatu – prze­prowadził z ramienia Blues​.pl Prze­mek Draheim:

Blues​.pl: „Trzecia płyta jest już na ukoń­czeniu. Nagrania zaczęły się rok temu w Sun Studio w Mem­phis, w tym samym miej­scu gdzie Elvis nagrywał swoje pierw­sze piosenki” — taka wiadomość zaser­wowałeś fanom w ubiegłym roku. Dziś płyta jest gotowa i brzmi wyśmienicie. Wybór miej­sca nagrania był nie­zwykły, szczegól­nie jak na artystę z Australii, który do Mem­phis nie ma „po drodze”. Dlaczego Sun?

Claude Hay: Trochę przy­pad­kiem. Tak naprawdę nie planowałem, że materiał na płytę będę nagrywał właśnie tam. Odbywałem wów­czas trasę po Stanach i miałem kilka dni wol­nego w Mem­phis, więc wybrałem się do Sun Studio jako zwykły turysta. Kupiłem bilet i jak dziesiątki innych osób pokręciłem się po tych starych pomiesz­czeniach podziwiając pamiątki po muzycz­nej prze­szło­ści tego legen­dar­nego miej­sca. Swoją drogą bar­dzo taką wycieczkę polecam — to nie­samowite miej­sce i wszystko wygląda tam jak kiedyś, za czasów narodzin rock’n’rolla. Pod koniec wycieczki prze­wod­nik wspo­mniał, że studio cały czas działa i można je wynająć, więc bez szczegól­nego namysłu umówiłem sesję. To był dobry moment, bo dopiero co napisałem kilka nowych piosenek i potrzebowałem miej­sca, w którym mógł­bym pomysły prze­lać na taśmę.

Brzmienie vin­tage musiało Ci zatem wpaść w ucho. Czy to dlatego zdecydowałeś się prze­robić własnego minivana na studio nagrań, dodajmy z prysz­nicem na pokładzie?

Stormy”, mój minivan, to mój drugi dom. Kocham to miej­sce, bo wła­ściwie tak powinienem o nim mówić, nie jak o samo­chodzie. Kiedy jest się podróżującym muzykiem hotele, często o nie naj­wyż­szym stan­dar­dzie, stają się uciąż­liwo­ścią i dużo milej jest skoń­czyć kon­cert i udać się do przy­tul­nego vana. Człowiek czuje się trochę jakby wracał do domu, tym bar­dziej, że w środku jest naprawdę wygod­nie. Nie ma dla mnie nic lep­szego, niż skoń­czyć kon­cert, a potem pojechać na plażę, spędzić tam noc i rano przy­gotować sobie jakieś śniadanie nad wodą. Z czę­ści miesz­kal­nej w samo­chodzie korzystam dużo czę­ściej niż ze studia — miałem wobec niego duże plany, ale jesz­cze nie zdążyłem się nim tak naprawdę nacieszyć. Rocz­nie wykręcam tym vanem ponad sto tysięcy kilometrów, więc czasu na zabawę pozostaje niewiele.

Takie nie­codzienne zabawki, za którymi stoi duch nie­po­kor­nego maj­ster­kowicza to twoja specjal­ność. Gitarę, na której grasz zrobiłeś sam z kuchen­nego blatu. Czego brakowało Ci w innych instrumen­tach lub co szczegól­nego chciałeś osiągnąć bawiąc się w „do it yourself”?

Zacznijmy od tego, że budowanie gitar jest czymś, co po prostu bar­dzo lubię robić. To hobby, które sprawia mi wiele rado­ści i pozwala zapo­mnieć o codzien­nych problemach, jak dla nie­których węd­kowanie. To stanęło u pod­staw pomysłu na własną gitarę. Za tym szły kon­kretne potrzeby. Szukałem gitary, która będzie się spraw­dzała przy loopowaniu dźwięków, stąd dwa gryfy, i sama z siebie pozwoli mi na bar­dzo różne brzmienia, stąd prze­łącz­niki i pokrętła. Naj­pierw szukałem czegoś takiego w sklepach, a kiedy niczego nie znalazłem zebrałem czę­ści i wziąłem się do pracy. Rzeczywi­ście, kor­pus gitary zrobiłem ze starego klonowego blatu kuchen­nego, który ktoś wyrzucił na przy­domowy chod­nik. Z niego powstała „Betty”, moja ukochana gitara.

Słuchając nagrań z ostat­niej płyty „I Love Hate You” rzuca się w uszy brzmienie gitary — czasem cięż­kie i elek­tryczne, innym razem do złudzenia akustyczne. Jak uzyskałeś to brzmienie?

Dźwięk akustyczny pochodzi z mostka piezo marki L.A. Baggs. To nie­samowita zabawka — daje tłusty, akustyczny sound, a wystar­czy prze­łączyć magiczny pstryczek i gitara brzmi jak Strat. Prze­łączamy drugi raz i ze Strata robi się solidny bas. Genial­nie się to spraw­dza przy loopowaniu, oszczędza mi dużo czasu.

Jed­nym z twoich instrumen­tów jest sitar. Skąd pomysł na włączenie go do arsenału?

Byłem kiedyś na imprezie w miesz­kaniu, w którym wisiał na ścianie jako ozdoba. Kiedy atmos­fera była już mocno roz­luź­niona zdjąłem go ze ściany i zacząłem grać na nim slidem. Okazało się, że w połączeniu ze slidem wydaje piękne, wyjąt­kowe brzmienie. Wła­ścicielka domu była bar­dzo zdziwiona — bo ponoć nikt wcześniej na tym instrumen­cie nie grał — i dała mi ten sitar w prezen­cie. Po powrocie do domu roze­brałem go na czę­ści i złożyłem według swoich potrzeb. Teraz ten instrument po prostu śpiewa!

Twoja instrumen­talna wyobraź­nia poszła dalej, bo zamiast zakoń­czyć maj­ster­kowanie na budowaniu lub prze­rabianiu instrumen­tów, zbudowałeś sobie cały zespół… Sąd taki pomysł i ostatecz­nie takie, a nie inne jego wykonanie, bo prze­cież obok tradycyj­nych instrumen­tów per­kusyj­nych wszedłeś w świat loopów i elektroniki…

Jak ze wszyst­kim w życiu zaczęło się od małych rzeczy, które urosły w coś znacz­nie więk­szego. Uwiel­biam elek­tronikę i wszel­kie zabawy z modyfikowaniem przed­miotów, co bar­dzo się przy­daje w muzyce, zwłasz­cza gdy jesteś twórcą poszukującym. Jak wiadomo, potrzeba jest naj­lep­szą matką wynalaz­ków, więc pew­nego dnia, gdy grałem na gitarze poczułem, że do mojego brzmienia ideal­nie pasowałby wer­bel, a że obie ręce miałem już zajęte, wymyśliłem spo­sób, żeby grać na wer­blu obsługując go stopą, jak hi-​hat. Do wer­bla dołączyłem, potem inne rzeczy, aż w końcu zbudowałem sobie cały zespół. Pew­nie gdybym do tego wszyst­kiego doszedł jed­nego dnia mogłoby mnie to prze­rosnąć, ale że było roz­łożone w czasie to udało się dokład­nie tak, jak to sobie wymyśliłem.

Ulubione pedały/​efekty?

Bar­dzo lubię Elec­tro Har­monix Pog, Z.Vex Fuzz Fac­tory, loopery DigiTech, pedały wah-​wah Dun­lopa. Z rzeczy kom­puterowych preferuje Guitar Riga.

To brzmienie musi się podobać nie tylko twoim fanom, skoro np. utwór „Get Me Some” zdobył nagrodę Australian Blues Music Award za „Naj­lep­szą piosenkę roku 2011”, a cała płyta dotarła do 9 miej­sca na bluesowej liście amerykań­skiego Bil­l­boardu — żeby nie wspo­mnieć o miej­scu na liście naj­lepiej sprzedających się płyt bluesowych na Amazon​.com. Nie boisz się eks­perymen­tować, także w tek­stach, czasem z dużym przy­mrużeniem oka?

Tak, czasem, jak właśnie z „Get Me Some”, staram się puścić oko do publicz­no­ści i po prostu nagrać śmieszną piosenkę. Jedna z amerykań­skich roz­głośni radiowych upodobała sobie ten numer dodając go do playlisty — a że ich słuchal­ność to ponad dwadzie­ścia dwa miliony osób, czyli tak, jakby piosenkę usłyszała każda osoba miesz­kająca w Australii, więc ruszyła machina powodując duże zain­teresowanie mediów moją muzyką.

Z per­spek­tywy europej­skiego słuchacza australij­ska muzyka, szczegól­nie roots, ma w sobie coś nie do pod­robienia — od razu wyróż­nia się na tle grania z Europy czy USA. Czer­pie z tradycji, nie boi się „brudu”, nie ucieka przed łamaniem schematów i szukaniem nowych brzmień. Czy podob­nie odbiera to Australij­ski muzyk podróżujący po świecie?

Tak, czuję to podob­nie. Rzeczywi­ście Australia ma swoje własne brzmienie i choć trudno mi powiedzieć dlaczego, to na pewno je słychać. Może ze względu na nasz styl życia? Więk­szość z nas wychowała się na tak zwanym „Oz pub-​rocku”, a gdy pomieszasz to z tradycyj­nym bluesem i naszym trochę leniwym usposobieniem, to voila.

Po takiej roz­mowie trudno pytać czym zaskoczysz pol­ską publicz­ność pod­czas kon­cer­tów w naszym kraju… Jak nastrój przed tak egzotyczną wycieczką? I co po niej?

Nie mogę się doczekać tej wyprawy. To wielki plus z bycia muzykiem — moż­liwość podróżowania, poznawania nowych miejsc i prze­żywania coraz to nowych emocji. To bar­dzo działa na wyobraź­nię i inspiruje. Po wizycie w Pol­sce jadę do Holan­dii na kilka kon­cer­tów. Potem powrót do domu i długa krajowa trasa promująca nowy album.

Życzę więc udanych kon­cer­tów, już z nową, jesz­cze ciepłą płytą „I Love Hate You”. Czego słuchacze powinni się po niej spodziewać?

W porów­naniu z poprzed­nim longplay’em, ten nowy jest chyba bar­dziej zadziorny, roc­kowy, z dużą dawką root­sowo brzmiącej gitary slide, ale też jesz­cze poważ­niej­szym potrak­towaniem zabawy z loopami. Jak każdy muzyk staram się roz­wijać z płyty na płytę, szukać czegoś nowego i myślę, że mi się to udało osiągnąć na nowym albumie. Mam nadzieję, że efekty poznacie osobi­ście na koncertach.

Opublikowano: 2013-07-05 11:21:16
Źródło: Blues.pl

Ostatnio opublikowane w dziale
© Blues.pl 2000-2016 | Code & design PMK Design