In English

Festiwal Muzyczny im. Ryśka Riedla opisany

opublikowano w dziale Polska

Lato to dla miłośników bluesa i rocka czas festiwali. Ten, który fani twór­czo­ści Ryszarda Riedla upodobali sobie szczegól­nie odbył się 27 i 28 lipca w Parku Śląskim w Chorzowie. O tym jak wyglądała tegoroczna, pięt­nasta edycja Festiwalu Muzycz­nego im. Ryśka Riedla prze­czytacie w relacji Karola Dudy:

Przez dwa lata wiele się może zmienić, ale nie musi. Dwa lata minęły odkąd ostatni raz postawiłem stopę na tyskiej, par­don, chorzow­skiej ziemi i uczest­niczyłem w Festiwalu Muzycz­nym im. Ryśka Riedla – człowieka będącego inspiracją dla wielu. Szybki mar­szobieg, ode­branie legitymacji pra­sowej i już jestem na terenie festiwalu. W zasadzie nic się nie zmieniło, może budek z pamiąt­kami trochę mniej. Widzę nawet znajome twarze: ten sam pijany osob­nik śpiący w trawie, ta sama młodzież ubrana w barwy hipisow­skie, rodziny z dziećmi (cieszy to, że rodziciele dbają o pociechy – wiele z nich miało słuchawki chroniące przed hałasem, co muszę przy­znać bar­dzo się przydaje!).

Na scenie zespoły kon­kur­sowe, roz­począł zespół Sheep. Wśród słuchaczy dys­kusja: chodzi o owieczkę czy o stateczek? Owieczki bynaj­mniej łagod­nymi baran­kami nie są. Har­droc­kowe szaleń­stwo w naj­lep­szym wydaniu, potężne gitary i charyzmatyczny gitarzysta, lider. Z pew­no­ścią warto trzymać rękę na pul­sie i bywać na ich występach. Jury uhonorowało ten ener­giczny występ drugim miej­scem. Po nich na deskach roz­go­ścili się muzycy z Root Roc­kets. Przy­znam, że ich ni to roc­kowe ni to reggae’owe granie śred­nio mi przy­padło do gustu. Nie mogę jed­nak odmówić im doj­rzało­ści kom­pozycyj­nej, a wokali­ście świet­nego głosu. Jed­nak Jury się podobali. Trzecie miej­sce. Teraz przejdę do zespołu numer jeden spo­śród moich festiwalowych „odkryć”. Andy MC. Kolaż stylistyczny. Oni sami wymieniają Def Lep­pard jako jedną ze swoich inspiracji. Ja dosłuchuję się u nich wpływów zespołów hair metalowych – Motley Crue czy wczesnego Guns n’ Roses (zwłasz­cza w grze i imagu gitarzysty solowego, Krychy). Z kolei ich par­tie gitar unisono przy­wodzą na myśl nieod­żałowane Iron Maiden. Do tego tek­sty po pol­sku, co dla mnie jest dużym plusem. To, że zespół nie dostał się na pudło nic nie znaczy: całe pole namiotowe śpiewało ich tek­sty. Taka dygresja: Stephen Davis w biografii Guns n’ Roses powiedział, że zespół roc­kowy powinien mieć dobrze wyglądającego basistę, charyzmatycz­nego wokalistę, szalonego per­kusistę i gitarzystę wyglądającego jak postać z kreskówki. Ten zespół to ma, co w połączeniu z nieek­splorowanym w naszym kraju gatun­kiem muzyki (Silver Samurai to jed­nak za mało) i potęż­nymi refrenami powoduje, że nie widzę powodu by nie odnieśli wiel­kiego suk­cesu. Jeśli lubicie dobrą muzykę i chcecie się zabawić na kon­cer­cie to idź­cie na ich występ. W tym momen­cie wraz z towarzyszącym mi starym festiwalowym weteranem poszliśmy skorzystać z fon­tanny by się schłodzić. Upał nie­samowity i zero cienia, każdy by wymiękł. Do tego od pew­nego momentu jedynym chłod­nym napojem, który był dostępny było piwo. Tłumaczy to ilość opadłych w trawę ludzi. Tem­peratura piekielna, a zespoły jesz­cze pod­sycały atmos­ferę. Po chwili ochłody przy­szła kolej na akustyczny kon­cert Kuwejta. Sym­patyczny pan, spraw­ność w grze na gitarze akustycz­nej i dobre tek­sty („Jestem zły. Diabeł mi ostrzy kły”) na pewno na długo zapadną mi w pamięć.

Blues Experience, jeden z faworytów kon­kursu. Prze­piękna wokalistka Anna Pawlus-​Szczypior – ozdoba zespołu na dodatek posiadająca fenomenalne warunki głosowe i, co naj­waż­niej­sze, umiejąca się głosem bawić i trak­tować go jak instrument (jej scatowanie – miodzio). Do tego zespół nie ustępuje jej w spraw­no­ści muzycz­nej, a każdy jest osobowo­ścią sceniczną. Był to ich drugi kon­cert na jakim byłem i już wyglądam kolej­nego, warto poznać! My z Delty. Ciekawy zespól, z bar­dzo dobrym feelin­giem i tek­stami. Ciekawe granie i z pew­no­ścią warto zwracać na nich uwagę oraz zobaczyć na żywo. Uwagę zwraca Mariusz „Mario” Zarzeczny na har­monijce. Wróżę mu karierę, chociaż brakowało mi pew­nego „odjazdu” w jego grze. Jeśli to czytasz: nie bój się i daj czadu! A po nich… Ten skład pozamiatał. Niczym wikin­gowie pozostawiający po sobie spaloną ziemię i złupione wioski prze­toczyli się po uszach słuchaczy i zatarli wrażenie, jakie pozostawili poprzed­nicy. Po prostu hard roc­kowi herosi. Łukasz „Łyczek” Łycz­kow­ski, który współ­pracuje z Lesz­kiem Cichoń­skim, jest wokalistą, którego stawiał­bym w jed­nym rzędzie z Milesem Ken­nedym i – kto wie czy także nie – Rober­tem Plan­tem. A przy tym jest posiadającym dobry kon­takt z publicz­no­ścią kon­feran­sjerem. Na gitarze towarzyszył mu praw­dziwy smok o ksywie… Smok. Gigant, porów­nywał­bym go z Zak­kiem Wyldem (jeśli chodzi o charyzmę i gitarę Gib­sona). Nie­samowite riffy i solówki, mógłby iść w szranki nawet z Andrzejem Nowakiem, który królował na scenie parę godzin póź­niej. Zespół potęga zostawiający z chęcią usłyszenia czegoś więcej. Czekam na płytę! Czarny koń kon­kursu. Chyba nikogo nie zaskoczyło, że wygrali. Jedyne, co mogę zarzucić to tek­sty piosenek, które poza ostat­nią były anglojęzyczne. Kon­kurs zamykali Jumanji. Trochę się obawiałem ich reggae’owego grania, jako że nie jestem fanem, lecz przy­znam, że grali świet­nie. Wspaniałe tek­sty po pol­sku, świetny puls i show na scenie. Mimo drob­nych problemów tech­nicz­nych dali czadowy występ. Kupili mnie, a ja kupię ich obie płyty.

Tyle, jeśli chodzi o kon­kurs. Przy­znam, że poziom mnie zachwycił i z pew­no­ścią wiele z zespołów występujących zyskało sporo nowych fanów. Smucą mnie jedynie nad­chodzące wydatki, tyle płyt do kupienia.

Po kon­kur­sie przy­szedł czas na Revolucję Jacka Dewódz­kiego. Nie słyszałem ich wcześniej, nie śpiewałem z publicz­no­ścią, nie pogowałem. Ale słuchałem i zespół ma „to coś”. Podobali mi się zarówno instrumen­tal­nie, jak i tek­stowo i wokal­nie. Jacek dalej jest bar­dzo dobrym wokalistą i dow­cip­nym front­manem. Przy­znam, że na kolejny kon­cert czekałem z nie­cier­pliwo­ścią. Weterani, bohaterowie i idole ze Śląskiej Grupy Bluesowej nie zawiedli. W czasie kon­certu zaprosili też na scenę Adama Kulisza. Zagrali znane utwory, które z przyjem­no­ścią wyśpiewałem wraz z Janem. Leszek Win­der jak zwykle zachwycał solów­kami na gitarze (chociaż grał dość ciężko, czyżby to efekt płyty „Krzak Experience”?), Mirek Rzepa opanowaniem basu, a Michał Gier­cusz­kiewicz swoim pul­sem (dla mnie naj­lep­szy per­kusista, jakiego miał Dżem). Ich wykonanie „Modlitwy bluesmana w pociągu” było naj­lep­szym, jakie słyszałem. Adam Kulisz jak zwykle pokazał klasę i udowod­nił (chociaż czy jest sens żeby tutaj cokol­wiek udowad­niać?), że jest jedynym w naszym kraju, który prze­konująco zagra nawiązując do Johna Lee Hookera. Co nie znaczy, że nie ma swojego stylu. Już pierw­sza nuta wystar­czy by poznać, kto dzierży wiosło.

Po Śląskiej Grupie Bluesowej przy­szła kolej na heavy metalowych gigan­tów. TSA tryum­fowało. Ze swoich ever­greenów zagrali jedynie „51”, lecz kon­cert był totalny. Wspaniałe solówki i Andrzej Nowak, który jest dla mnie pol­skim królem rif­fów i cał­kowitym dominatorem sceny. Oczywi­ście Stefan Machel też pokazał klasę, jed­nak co Nowak to Nowak. Marek Piekar­czyk jak zwykle mówił o pacyfizmie oraz przed­stawił postać Ryśka jako zwykłego faceta, jego kolegę. Urzekło mnie to. Występ Cree był dziwny. Po prostu. Nie, że zagrali źle, ale bez kon­feran­sjerki, jedyne co Bastek powiedział, to że utwór, „Po co więcej mi” dedykuje swoim rodzicom. Panowie pokazali klasę, jed­nak lekki nie­do­syt pozostał… Nie­po­kojącym dla mnie wydaje się też fakt, że Bastek nie wystąpił z Dżemem na kon­cer­cie finałowym, jak miał w zwyczaju. „Źle się dzieje w pań­stwie duńskim”?

Adam Palma. Trochę się bałem jak się obroni muzyka instrumen­talna na festiwalu, ale wir­tuozeria tego Pana będącego pol­skim Tommy Emmanuelem porwała wszyst­kich, a zagranie „Zielonego Piotrusia” Dżemu przed występem gwiazd wieczoru było wyśmienitym posunięciem. Brawo panie Adamie!

Kiedy Dżem wszedł na scenę serce zastygło. Mój ukochany pol­ski zespół, od którego zacząłem przy­godę z muzyką. Zawsze wspaniali, bez jed­nej złej piosenki na kon­cie. Nie zawiedli. Materiał poza sztan­darowymi utworami takimi jak „Whisky”, „Wehikuł czasu”, „Mała aleja róż”, „List do M”, pod­czas którego pojawiły się światła zapal­niczek czy „Autsaj­der”, gdzie pojawił się spo­dziewany przeze mnie Par­tyzant. Cieszyła mnie obec­ność utworów z okresu gry z Jac­kiem Dewódz­kim (szkoda, że nie zaproszono go na scenę), jak „Kilka zdar­tych płyt” czy „Zapal świeczkę”. Cieszył też „Prokurator”, którego usłyszałem pierw­szy raz na żywo. Jurek Styczyń­ski dał czadu, co tu dużo mówić jest wir­tuozem nie­samowitej klasy, a ze swojego Gib­sona „Bul­l­seye” wydobywał dźwięki nie­zwykłe. Dziwiła mnie mała ilość solówek Adama Otręby, ale to może prze­sada z mojej strony. Maciej Bal­car ma nie­samowity kon­takt z publicz­no­ścią, a z Dżemem pasują do siebie jak tryby dobrze działającej maszyny. Kon­cert mógł­bym być trochę dłuż­szy, ale upalny dzień dał wszyst­kim w kość. Zmęczony, ale zadowolony i z uśmiechem na ustach udałem się na spoczynek.

Drugi dzień i prze­widziany przeze mnie wynik kon­kursu I – Sold My Soul, II – Sheep, III – Roots Roc­kets. Trochę się zawiodłem, że Jumanji czy Andy MC nie dostali się na pudło, ale nie można mieć wszyst­kiego. Łukasz Kur­piew­ski mnie powalił. Gitarowy wymiatacz naj­wyż­szej półki, wstyd powiedzieć, że go wcześniej nie znałem. Na pewno nad­robię i będę pil­nie śledził jego karierę. L’Orange Elec­trique bar­dzo lubię. Krakow­ska for­macja o, jak mniemam, ugrun­towanej pozycji na naszej scenie. Już na Rawie Blues sprzed dwóch lat mnie kupili. Dobry, dobry, dobry band, który trzeba znać. Co mogę dodać? Solidne granie bez fuszerki. Redak­cja mnie nie­samowicie zaskoczyła. Cudowny skład, ich front­man, który miał naj­lep­szy kon­takt z publicz­no­ścią. W tym skok ze sceny i wręczenie mikrofonu fance by zaśpiewała refren „Tak jak kot”. Czad, mocarne punk n’rollowe granie, tek­sty po pol­sku oraz charyzma całego zespołu mnie kupiła. No i gitarowe wymiatanie Darka Duszy! Ścigani mnie trochę roz­czarowali. Może powiem ina­czej: nie wiem, co mieli na myśli grając tyle coverów. Kon­cert był dobry, ale zagranie przez nich dwóch kawał­ków Dżemu było dla mnie nie­zrozumiałe. Chciałem usłyszeć ich materiał, a nie cudzy. Zaskoczyli mnie coverem zespołu Human – „Pol­ski”. Grali bar­dzo dobrze z powerem i feelin­giem, lecz, wolał­bym usłyszeć ich kawałki. Zespół wspierali Krzysz­tof Głuch i Jan Gałach, którzy pokazali, że zasłużyli na swoją markę! Po nich przy­szła kolej na Par­tyzanta. Przy­znam ze bałem się jak wypad­nie jego muzyka na festiwalu. I wypadła prze­fan­tastycz­nie! Wir­tuozeria, dobre tek­sty, ener­gia oraz sypanie żar­tami („Skazani na patel­nię”) i aneg­dotami (historia o kapeluszu i har­monijce Ryśka) sprawiły, że był to jeden z naj­lep­szych kon­cer­tów festiwalu. A granie ołów­kami na gitarze oraz „Pink Pan­ther Theme” i „Hit The Road Jack” pew­nie wprawiło niejed­nego gitarzystę obec­nego na festiwalu w głębokie kom­pleksy. Póź­niej grali Ridersi oraz Zemol­lem. Przy­znam, że z per­spek­tywy innych występów jakie słyszałem, było dobrze jed­nak mnie nie powaliło. Ale to z pew­no­ścią moje zmęczenie. Słońce było zabój­cze. Z kolei Riders wymiatali. Nowa wokalistka pokazała klasę, a koń­cówka kon­certu to popis instrumen­talny Mietka Jurec­kiego i Grzegorza Kuksa. Kon­certy zamykał Per­fect, no i tutaj nie zawiedli. Wspólne śpiewy i ogól­nie dobra zabawa, której nastrój udzielił się wszystkim.

Festiwal Ku Prze­strodze zawsze jest fan­tastycz­nym prze­życiem. Nie­zapo­mnianym i magicz­nym. Wspaniali ludzie, którzy zostają Twoimi przyjaciółmi po wspól­nym śpiewaniu, nie­do­bitki dzieci kwiatów, pogowanie oraz uczucie, jakie może zapew­nić jedynie przynależ­ność do jed­nej wiel­kiej kon­cer­towej rodziny, sprawia, że chce się tam wracać co roku. Ja już odliczam dni!

Karol Duda

Opublikowano: 2013-08-18 10:53:26
Źródło: Blues.pl

Ostatnio opublikowane w dziale
© Blues.pl 2000-2016 | Code & design PMK Design