In English

Wyjście z cienia: Droga Ewakuacyjna

opublikowano w dziale Polska

Z Kariną Osow­ską (wokal), Olkiem Gizą (gitara) oraz Krzyś­kiem Wal­czykiem (klawisze) z zespołu Droga Ewakuacyjna – w ramach redagowanego przez Karola Dudę cyklu „Wyj­ście z cienia” – Blues​.pl roz­mawia po kon­cer­cie w Siemianowicach. Kon­cert odbył się w pogodne sobot­nie popołu­dnie 11 lipca w amfiteatrze w miej­scowym Parku Miej­skim. Roz­mowę prze­prowadził Michał Kompała.


Michał Kom­pała: Jak czujecie się po kon­cer­cie w takich warun­kach – zarówno popołu­dniowa pora, jak i fakt, że kon­cert był otwarty i dar­mowy – spo­wodowały, że prze­ważającą część publicz­no­ści stanowili spacerowicze, zain­trygowani, że coś się w amfiteatrze dzieje. Czym dla Was taki kon­cert różni się od grania w zamkniętym klubie?

Karina: Każdy kon­cert jest zupeł­nie inny. Kto powiedział, że spacerowicze to musi być zła publika? Wcale nie. Czasami są to ludzie, którzy nie zaplanowaliby sobie wyj­ścia na kon­cert, ale akurat prze­chodzili obok i stwier­dzili, że to co słyszą im odpowiada. Tak naprawdę nie liczy się ilość — bo fak­tycz­nie nie było tutaj zbyt wielu ludzi — ale jakość. Myślę, że osoby które tutaj dotarły to były takie, które ta muzyka interesuje.

MK: Czyli nie przyj­mujecie na przy­kład założenia, że na takich plenerowych widowiskach gracie reper­tuar bar­dziej przy­stępny, a ambit­niej­szy zostawiacie na kon­certy zamknięte?

Krzysiek: Każdy kon­cert jest inny, bo jed­nak grając o 23 w zadymionym klubie zabrzmią te utwory zupeł­nie ina­czej. Acz­kol­wiek to będzie ta sama muzyka. Nasza muzyka.

MK: Ale obydwie grupy kon­cer­tów są dla was rów­nie ważne?

Wszyscy: Oczywiście.

Olek: Rów­nie chęt­nie gramy kon­certy klubowe, jak i plenerowe. Dla spacerowiczów tak samo jak dla zadeklarowanych fanów bluesa i rocka (śmiech).

MK: Ten kon­cert był pew­nie dla Was szczególny, bo jed­nak pochodzicie z Siemianowic, chociaż na nie­których stronach inter­netowych można natknąć się na infor­mację, że jeste­ście zespołem piekar­skim. Domyślacie się, skąd taka nieścisłość?

Karina: Przez długi czas graliśmy pod patronatem pana Piotra Zalew­skiego próby w Piekarach Śląskich. Pan Piotr nam bar­dzo pomógł (za co jesteśmy mu wdzięczni), mogliśmy się wtedy nazywać także zespołem piekar­skim. W tej chwili gramy próby w Woj­kowicach, więc mówi się też czasem, że jesteśmy zespołem woj­kowic­kim (śmiech). Ale tak naprawdę zespół został założony w Siemianowicach i stąd pochodzi więk­szość jego człon­ków – ja, Olek i nasz basista Andrzej. Per­kusista Adam pochodzi z Rudy Śląskiej, a Krzysiek – z Będzina.

MK: Siemianowice, Piekary, Ruda Śląska – to wszystko miasta śląskie. Jaka jest wasza relacja do tak zwanej śląskiej sceny bluesowej?

Karina: U mnie w rodzinie zawsze były śląskie tradycje pod­trzymywane, rodzice mówili po Śląsku, ja się tego nie wypieram. Ale nie zamykamy się tylko na śląską publiczność.

MK: A czy macie kon­takt ze słyn­nymi muzykami bluesowymi ze Śląska – Śląską Grupą Bluesową, Adamem Kuliszem…

Olek: Widujemy się na festiwalach, czasem zamienimy słowo gdzieś w kuluarach. Bar­dzo szanujemy tych ludzi i uwiel­biamy tą samą muzykę.

Karina: Marka „Makarona” Motykę znamy bar­dzo dobrze – świetny muzyk i wspaniały człowiek. Ale jesteśmy świadomi, jak wiele nam do tych muzyków brakuje. Są dla nas wzorami do naśladowania. Oni prze­żyli praw­dziwie „bluesowe” życie. Na pewno ta „śląskość” w nas jest. Marzymy, by w przy­szło­ści stworzyć nawet po czę­ści taki kawałek historii jaki oni stworzyli.

MK: Karina, śpiewasz, że „Blues to droga kręta”. Jak to się stało, że pokochali­ście właśnie bluesa? W pokoleniu dzisiej­szych dwudziestolat­ków to jed­nak raczej rzadkość.

Karina: Masz rację, to duża rzad­kość. Więk­szość naszych znajomych jed­nak nie do końca szanuje tą muzykę.

Olek: Może bar­dziej nie zna.

Karina: Dokład­nie, nie zna. Dla wielu blues to tylko Dżem. Oczywi­ście, dla wielu przy­goda z bluesem właśnie od Dżemu się zaczęła. U mnie naj­pierw był rock – AC/​DC, Led Zep­pelin, Deep Pur­ple. Potem zaczęło się rodzić we mnie, żeby zgłębiać też taj­niki muzyki bluesowej, coraz bar­dziej mi się podobała, poznawałam coraz więcej wykonaw­ców, stałam się jej fanką. Ale to co gramy, to nie jest do końca blues. Nasza płyta – nagrana, ale jesz­cze nie wydana – też nie jest do końca bluesowa.

Olek: Podob­nie jak u Kariny, nie od razu odkryłem bluesa. Różne miałem, że tak powiem, zakręty muzyczne. Naj­pierw słuchałem reg­gae i Boba Marley’a, potem punk rocka, w pew­nym okresie byłem pod dużym wpływem hard rocka klasycz­nego… W końcu wylądowałem u Roberta John­sona (śmiech).

Krzysiek: Jeżeli chodzi o kwestie bluesa, to mój pierw­szy poważny zespół do jakiego trafiłem to była grupa bluesowa, więc musiałem się dostosować (śmiech), potem zresztą grałem różne rzeczy – rocka, metal… Ale w innych gatun­kach też bluesa jest bar­dzo dużo i trudno mi wyobrazić sobie kogoś kto miałby zagrać rocka, hard rocka czy inne pokrewne gatunki nie czując bluesa.

MK: Jak to się stało że zaczęli­ście grać razem? Na czyjej to było głowie, żeby dojść do tego momentu w którym jeste­ście teraz?

Olek: Na mojej głowie, a wła­ściwie w mojej piw­nicy ku nie­zadowoleniu sąsiadów (śmiech). Wyciszaliśmy piw­nice paletami po jaj­kach, skom­binowaliśmy starą per­kusję. No, powiedzmy że instrument per­kusyjny, bo trudno to per­kusją nazwać. Jeden kolega z klasy zaczął grać, ja zacząłem grać na gitarze i coś tam kleciliśmy. Póź­niej spo­tkaliśmy się w więcej osób z liceum, i zagraliśmy kon­cert jako Droga Ewakuacyjna na korytarzu w szkole. Już wtedy był Andrzej basistą. Ludzie się zmieniali na prze­strzeni lat, ale bar­dzo szybko dołączyła do nas Karina, teraz jesteśmy trzonem zespołu, i tak się to toczy, do dzisiaj.

MK: Jakie są Wasze inspiracje?

Karina: Dużo tego jest, ale postaram się krótko. Nasi rodzimi arty­ści – z zespołów, które obec­nie działają – J.J. Band. Oczywi­ście, rów­nież Dżem czy Tade­usz Nalepa. I Steve Ray Vaughan.

Olek: Ja dodam jesz­cze Erica Clap­tona, B.B. Kinga, Petera Greena…

Karina: Uwiel­biam też Bruce’a Dic­kin­sona, choć wydaje się że może nie w temacie.

Olek: A ja Pata Metheny’ego. Gość mnie bar­dzo inspiruje. To jest jazz­man naj­wyż­szej klasy, i choć nie gramy takiej muzyki, to jest to dla mnie mistrz.

Krzysiek: Na prze­strzeni lat to się bar­dzo zmieniało. Teraz jestem chyba naj­bar­dziej fascynuje mnie gra Keitha Emer­sona. Bar­dzo inspiruje mnie też muzyka improwizowana, przede wszyst­kim jazz.

Karina: Muszę jesz­cze dodać jeden z moich ulubionych zespołów – Creedence Clear­water Revival.

Olek: To ja też musze dodać jeden z zespołów, który odcisnął naj­więk­sze piętno na mnie i moim graniu, mianowicie SBB. To na pewno jeden z naj­bar­dziej dla mnie znaczących pol­skich zespołów.

MK: Jaka była naj­pięk­niej­sza chwila, czy naj­lep­sze doświad­czenie w czasie gry w zespole?

Olek: Emocje i dobra zabawa na koncertach.

Karina: I nie da się tego stop­niować, które emocje były lep­sze, które naj­lep­sze, a które gor­sze. Nie mogę powiedzieć, że na jakimś kon­kret­nym kon­cer­cie poczułam coś nie­samowitego. To są zawsze emocje, zawsze zupeł­nie inne, zawsze jednorazowe.

Krzysiek: Dla mnie istotny był pierw­szy kon­cert. Takie rzeczy, które się pierw­szy raz robi, naj­bar­dziej zapadają w pamięć. A to akurat bar­dzo miłe wspo­mnienie. Tym bar­dziej, że jestem od nie­dawna w zespole, zagrałem pierw­szy kon­cert na Festiwalu Las, Woda & Blues 2014.

MK: A jakieś trudne chwile?

Olek: Na przy­kład taki moment, że zostaliśmy bez perkusisty.

Karina: Ale nie warto tego roz­pamiętywać – co było, to było. Staramy się czer­pać to co naj­lep­sze. Czasami oczywi­ście się coś nie udaje, ale staramy się wyciągać z tego wnioski. Zdarzały się nie­przyjemne chwile, zwłasz­cza w związku ze składem, ale myślimy raczej o pozytyw­nych rzeczach, bo ich było dużo więcej.

MK: Jakiego sprzętu używacie?

Olek: Gitara Fen­der Stratocaster. Wzmac­niacz Carvin Legacy 100 i paczka Mar­shall z lat 80.

Krzysiek: Na co dzień gram na takim klonie Ham­monda. Mam też oryginal­nego Ham­monda i praw­dziwe Leslie, ale ze względu na wagę nie wożę ich zbyt często na koncerty.

Karina: A ja mam swojego „Szczurka”, oczywi­ście mowa o Shure SM58.

MK: Naj­bliż­sze plany koncertowe?

Olek: Jutro gramy na dniach miasta w Piekarach, ale pew­nie nic Ci nie da ta infor­macja (śmiech).

Karina: W przy­szłym tygo­dniu gramy w Poznaniu, potem jest 9 sierp­nia w nie­dzielę „Lauba pełno bluesa”, a potem – z tych zaplanowanych i pew­nych – jest „Rawa Blues”, mała scena.

MK: A plany poza kon­cer­towe? Związane z płytą i wszel­kie inne?

Karina: To jest dobre pytanie, bo sami jesz­cze do końca nie wiemy. Szukamy wydawcy, ale – że tak powiem – tak delikat­nie go szukamy (śmiech). Przez sprawy zawodowe i moje studenc­kie ostat­nio trochę odpu­ściliśmy. Mamy jed­nak nadzieję, że w naj­bliż­szym czasie znaj­dziemy wydawcę tudzież spon­sora, który wyda nam tą płytę.

MK: Czas w studio to była wygrana w jakimś przeglądzie?

Karina: Nie. Sami opłaciliśmy. Praca w studiu była zresztą bar­dzo fajna.

Olek: Krzysiek znalazł nam studio.

Krzysiek: To było studio Orion w Będzinie, należące do znajomego gitarzysty. Faj­nie nam to wszystko zor­ganizował, praca była naprawdę kom­for­towa. Z czystym sumieniem możemy polecić.

Karina: Warto wspo­mnieć, że płyta jest dosyć surowa, bo nie chcieliśmy żad­nego czysz­czenia gitar ani wokalu… Chciałam, żeby taki mój wokal znalazł się na płycie, jaki został nagrany. Nie chcieliśmy żeby to brzmiało sztucz­nie, nie kleiliśmy ścieżek.

MK: A plany promocyjne?

Karina: Jeśli chodzi o fotografię, współ­pracujemy z Basią Ogrod­niczak. Czekamy na odpowiedni czas dla niej i dla nas, będzie robić nam teledysk.

Olek: Także planujemy promocję przez teledysk, a jeśli uda nam się wydać tę płytę, na pewno będziemy też ją jakoś promować.

MK: Trzymam kciuki za rychłe wydanie płyty. Dziękuję za rozmowę.

Opublikowano: 2015-08-20 19:58:14
Źródło: Blues.pl

Ostatnio opublikowane w dziale
© Blues.pl 2000-2016 | Code & design PMK Design