In English

Muzyczni podróżnicy, czyli Moreland & Arbuckle

opublikowano w dziale Polska

Nie­cały miesiąc temu kolejną pol­ską trasę kon­cer­tową zakoń­czyła amerykań­ska for­macja Moreland & Arbuc­kle (fot. Paul Natkin, Michael Wil­son) – specjali­ści od surowego, bluesowego brzmienia pod­lanego por­cją roc­kowej eks­presji. Na kilka miesięcy przed ich kolejną pol­ską eks­pedycją, o muzycz­nych podróżach grupy, sym­patii do muzyki coun­try i zespołu Queen, a także o ewolucji własnego brzmienia prze­czytacie w zapisie roz­mowy, jaką po jed­nym z kon­cer­tów, w ramach imprezy przed­festiwalowej Studenc­kiego Festiwalu Muzyki Bluesowej „Bluesroads” w Krakowie, specjal­nie dla Blues​.pl, prze­prowadziły z zespołem Diana Głogow­ska i Asia Kołak:

Bluesroads Festival: To nie jest Wasz pierw­szy kon­cert w Krakowie – grali­ście już u nas przed rokiem, czyż nie?

Moreland & Arbuc­kle: Tak i mieliśmy z tego dużo frajdy, zresztą tym razem także. Bar­dzo się ucieszyliśmy na wieść o kolej­nym kon­cer­cie w tym mie­ście. Dobrze nas tu przyjmują.

BF: Jutro z kolei (27 kwiet­nia – przy­pis red.) gracie w górach, w Mszanie Dolnej.

M&A: To w górach?

BF: Tak, piękne miejsce.

M&A: To świet­nie, tym bar­dziej, że pogoda sprzyja zwiedzaniu.

BF: Skoro już o tym mowa, mówi się, że Wasza muzyka to podróż przez naj­waż­niej­sze miej­sca na muzycz­nej mapie Ameryki – jest wśród nich Louisiana, Chicago… Czy nazwaliby­ście się muzycz­nymi podróżnikami?

M&A: Przed laty było dla nas ważne, żeby odwiedzić pewne rejony Stanów i miej­sca istotne dla bluesa czy amerykań­skiej muzyki w ogóle. Żeby lepiej zro­zumieć o czym ta muzyka nam opowiada. Czy będziemy to inter­pretować dosłow­nie, czy trochę poetycko to już indywidualna sprawa odbiorcy, ale myślę, że tak, że można nas nazwać muzycz­nymi podróż­nikami. Na pewno dużo jeź­dziliśmy i jeź­dzimy żeby grać naszą muzykę.

BF: Więc tego się trzymajmy, podróży dosłow­nej i tej nieco literackiej.

M&A: Chyba nie zliczę kilometrów, które przejechaliśmy po Stanach w ciągu ostat­nich dwóch lat…

BF: Tak po prostu pakujecie bagaże, wskakujecie do jed­nego auta i ruszacie w trasę? Fan­tastycz­nie. Powiedz­cie nam proszę… Na początku Waszej muzycz­nej drogi, kiedy zaczęli­ście wspólne kon­cer­towanie, muzyka którą gracie nie była szczegól­nie popularna w Waszym rodzin­nym Kan­sas. Czy po latach to się zmieniło?

M&A: Kiedy zaczynaliśmy grać byliśmy chyba jedynymi młodymi chłopakami grającymi w naszym regionie surowego bluesa z Mis­sis­sippi… no może poza nami była jesz­cze jedna osoba. Takie granie nie było wtedy szczegól­nie popularne, ale chyba rzeczywi­ście, po latach trochę się to zmieniło. Dziś na nasze kon­certy na własnym terenie przy­chodzą ludzie, którzy dziesięć lat temu nie pomyśleliby nawet żeby posłuchać takiej muzyki, więc świadomość takiego brzmienia z pew­no­ścią się poprawiła.

BF: Nie było strachu kiedy zaczęli­ście u siebie grać takiego bluesa, nie­po­koju, że nie traficie do publiczności?

M&A: Nie, po prostu graliśmy muzykę, którą chcieliśmy grać, nie bacząc na nic. To była moja muzyka.

BF: A jak się Wam zaczynało grać wspól­nie, łatwo było się dogadać?

M&A: Bar­dzo i tak jest do dziś, może dlatego nadal ciągniemy ten wózek. Od początku układa się między nami…

BF: Trzymając się tematyki podróż­niczej, nie możemy nie zapytać o Waszą wyprawę do Iraku. Skąd pomysł na taką destynację?

M&A: Poproszono nas o wzięcie udziału w tej trasie, to nie był nasz pomysł. Całość wymyślił promotor, który składał tam­ten wyjazd. My mieliśmy tylko szczę­ście się na niego załapać.

BF: Wahali­ście się?

M&A: I to jak. Mówiąc szczerze trochę się biliśmy z myślami – w końcu mieliśmy znaleźć się w strefie wojny, w miej­scu w którym ludzie – mówiąc delikat­nie – nie prze­padają za Amerykanami. Wła­ściwie to chcą ich zabić… Ale pomijając strach było to nie­samowite prze­życie i koniec koń­ców jesteśmy szczęśliwi, że udało się nam je prze­żyć – jak­kol­wiek by to nie brzmiało.

BF: Jak na Wasze granie reagowali żołnierze?

M&A: Reak­cje były bar­dzo pozytywne. Nie wszyst­kie z tam­tych irac­kich kon­cer­tów miały zabój­czą frekwen­cję, głów­nie dlatego, że kiedy graliśmy część żoł­nierzy nie miała już siły na nic innego poza snem, ale słyszeliśmy wiele kom­plemen­tów. Głów­nie w stylu: „na te kilka godzin pomogli­ście mi zapo­mnieć o tym miej­scu”. Kiedy się gra dla tak specyficz­nej publicz­no­ści, w tak nie­codzien­nym miej­scu, trudno wyobrazić sobie lep­szy komplement.

BF: O tym, że grali­ście już w Pol­sce wiemy. Czy w czasie tych podróży trafili­ście na młodych, obiecujących wykonaw­ców czy zespoły, których muzyka wpadła Wam w ucho?

M&A: Boogie Boys! Ale oprócz muzyków zwróciliśmy uwagę na fanów bluesa, szczegól­nie tych młod­szych, którzy na muzykę reagują dużo lepiej niż ich amerykań­scy koledzy.

BF: W Waszej muzyce słychać sporo elemen­tów – jest tam rock, blues, trochę coun­try. Wasz stosunek do tego ostat­niego skład­nika naj­bar­dziej nas interesuje.

M&A: Dla nas coun­try to Hank Wil­liams, Johnny Cash… W Stanach, co często się pod­kreśla, za naj­waż­niej­szy skład­nik coun­try uważa się muzykę bluegrass. Dla mnie coun­try to tak naprawdę korzenna muzyka białej Ameryki, pod­czas gdy blues to korzenna muzyka czar­nej Ameryki – jeśli możemy się tak wyrazić. Dorastaliśmy słuchając coun­try, to były popularne dźwięki.

BF: A czego słuchali Wasi rodzice, gdy byli­ście dziećmi?

M&A: Głów­nie klasycz­nego roc­kowego radia. The Who, Led Zep­pelin, Rol­ling Stones, Deep Pur­ple… U Was też mówi się na to klasyczny rock?

BF: Dokładnie.

M&A: Na tym sie wychowaliśmy, ale ciągle odkrywamy nową muzykę – nawet w obrębie klasycz­nego rocka. Nie­dawno na przy­kład odkryłem grupę Queen, nie wiedziałem, że byli tak dobrzy!

BF: Mówicie o odkrywaniu nowej muzyki, szukaniu nowych brzmień. Czy to znaczy, że muzyka Waszego zespołu może w przy­szło­ści przejść grun­towne zmiany?

M&A: Myśle, że nasza muzyka ewoluuje, a to co gramy dziś mocno zmieniło się względem tego, co graliśmy na początku, tylko z gitarą i har­monijką w duchu akustycz­nego Delta bluesa. Ale co dla nas ważne to to, że nawet jeśli ewoluujemy i dodajemy nowe brzmienia, w cen­trum cało­ści pozostaje muzyka, z którą zaczynaliśmy, to ona jest pod­stawą. Więc pew­nie za pięć czy dziesięć lat także będziemy brzmieli nieco ina­czej, ale mam nadzieję, że nasi fani znajdą w tym graniu to, co na samym początku sprawiło, że zaczęli nas słuchać.

BF: Jaki był naj­lep­szy kon­cert, który zagrali­ście? Melomani często wspominają: „To był naj­lep­szy kon­cert na jakim byłem!”. Czy muzycy mają podobnie?

M&A: Mogę powiedzieć o naj­lep­szych kon­cer­tach jakie graliśmy w Europie. Jeden rok temu w War­szawie, drugi także rok temu gdzieś w Niem­czech. Doskonale pamiętam tamte dwa, to były nie­samowite wieczory.

BF: Jakieś muzyczne marzenia, coś co dotyczy Was jako zespołu?

M&A: Chyba wszyscy zgadzamy się z tym, że chcielibyśmy móc dobrze żyć z grania muzyki, którą kochamy. Raczej nie myślimy o sławie – to nie­sie za sobą cały pakiet nowych problemów, których nam nie potrzeba…

BF: Wiel­kie dzięki za ciekawą rozmowę!

M&A: Dziękujemy.

Opublikowano: 2012-05-28 20:25:39
Źródło: Blues.pl

Ostatnio opublikowane w dziale
© Blues.pl 2000-2016 | Code & design PMK Design