In English

Big Daddy Wilson „I’m Your Man”

opublikowano w dziale Wydawnictwa

Wielki męż­czyzna o głębokim głosie i rów­nie głebokim sercu – takie skojarzenie przy­chodzi na myśl od razu po wciśnięciu guzika „play” w odtwarzaczu, w którym znaj­duje się nowa płyta wokalisty Big Daddy Wil­sona, czyli wydany przez fran­cuską wytwór­nię Dixiefrog album „I’m Your Man”. Big Daddy Wil­son przy­zwyczaił już słuchaczy do smakowitych kąsków. Nie ina­czej jest tym razem. Krążek zawiera tuzin kom­pozycji zgrab­nie prze­platających wszystko to, co ciekawe i godne uwagi w amerykań­skiej muzyce roots: różne odcienie bluesa, w tym brzmienia Delty czy Pied­montu; delikatny, motow­nowy soul; szczyptę gospel i coun­try. Kom­pozycje są bar­dzo dobrze prze­myślane, każda z osobna i wszyst­kie razem, jako spójny album. Całość otwiera „Travel­lin’ Blues” z dźwiękami prze­sterowanej gitary slide płaczącej unisono z głosem wokalisty. Tekst utworu pokazuje, że życie – szczegól­nie życie muzyka – to wielka tułaczka, zarówno w sen­sie geo­graficz­nym, jak i metafizycz­nym, jako podróż, u kresu której każdy chce znaleźć swój cel. Piosenki na krążku mają nie tylko dobrze brzmieć, ale też nieść jakieś prze­słanie i sens. Nie­wąt­pliwie udaje się to drugiemu numerowi, mojemu faworytowi, „Hold The Lad­der”, który dla Big Daddy’ego napisał sam Eric Bibb. Delikat­nie soulowa, bująjąca piosenka, ze smakowitymi wstaw­kami gitarowymi i lirycz­nym wokalem naprawdę wprowadza w dobry nastrój. Do tego uświadamia, że każdy potrzebuje kogoś, kto „przy­trzyma jego drabinę”, gdy ten będzie sięgał po to, co dla niego w życiu naj­waż­niej­sze. War­stwa tek­stowa trzyma poziom na całym albumie i mimo, że dotyczy zazwyczaj tego, co już na wielu płytach było poruszane – miło­ści, zmysłowo­ści, oddania, poszukiwania sensu w życiu czy też cier­pienia pochodzącego z róż­nych źródeł – nie są to banalne tek­ściki. Nie­które piosenki poruszają także mniej spo­tykane tematy, jak kom­pozycja o huraganowym wietrze lub piosenka o prze­miłym szczeniaku i sztucz­kach, których się nauczył. Słowa śpiewane przez Big Daddy Wil­sona doskonale uzupeł­niane są dźwiękami wyczarowywanymi przez towarzyszących mu muzyków. Towarzyszący zespół wraz z zaproszonymi gośćmi, w tym wspo­mnianym Ericem Bib­bem, potrafią sprawić, że słuchacz zatopi się w tym, co płynie z głośników. Może i solowe popisy instrumen­talistów nie są szczegól­nie często obecne na krążku, ale działają jak smaczki ubar­wiające całość. Sam zespół działa jak dobrze naoliwiona machina, spraw­nie operując ryt­mem, dynamiką i barwą. Muzycy, niczym naj­lep­sza soulowa orkiestra z daw­nych lat, nie odciągają uwagi słuchacza od wokalisty będącego głów­nym bohaterem przed­stawienia, a jedynie ubar­wiają i pod­kreślają to, co ten ma do powiedzenia. A Big Daddy w tej roli spisuje się znakomicie. Ciemny, głęboki i mocny głos potrafi być jed­nocześnie liryczny i aksamitny, by kiedy trzeba zyskać na sile, potęgując wzrost napięcia w odpowied­nim frag­men­cie piosenki. Muzycy zgrab­nie operują emocjami i nastrojami tworząc praw­dziwy spek­takl zmysłowo­ści, rado­ści, smutku, zadumy, cier­pienia i szczę­ścia. Towarzyszące wokali­ście śpiewy w har­moniach i kon­figuracji call & response dodat­kowo budują poczucie wzniosło­ści. Wokal Big Daddy’ego, skrzypce, dęciaki, gitary, pianino czy per­kusja wystukująca naj­roz­mait­sze rytmy potrafią wyczarować każdy klimat – to właśnie jest jeden z naj­więk­szych atutów tej płyty. Umiejęt­nie dobrane kon­trasty, zmienne instrumen­tarium i róż­norodne aran­żacje. Całość została elegancko wydana i uzupeł­niona książeczką zawierającą tek­sty poszczegól­nych piosenek. Więcej nie ma co pisać, żeby nie psuć przyjem­no­ści odkrywania tej płyty. Bo naprawdę warto to zrobić.

Maciej Draheim

Opublikowano: 2013-05-13 13:54:09
Wydawca: Dixiefrog
Posłuchaj: www.bluesweb.com

© Blues.pl 2000-2016 | Code & design PMK Design