In English

Trzy role Joe Bonamassy

opublikowano w dziale Wydawnictwa

Nie­zwykle popularny w Pol­sce Joe Bonamassa to gitarzysta znakomity tech­nicz­nie i bar­dzo kreatywny, co potwier­dzają trzy albumy z jego udziałem, które w ostat­nim czasie trafiły na sklepowe półki. Żeby było ciekawiej na każ­dym z nich Bonamassa prezen­tuje się w nieco innej roli – lidera własnego zespołu, muzyka sesyj­nego i gościa na cudzym albumie.

Akustyczna gitara i wiedeń­skie smyczki – taki epicki frag­men­cik otwiera ostatni, kon­cer­towy long­play gitarzysty, „An Acoustic Evening at The Vienna Opera House”, wydany – tak jak jego poprzed­nie płyty – przez holen­der­ską wytwór­nię Provogue. W ramach kon­certu odbywającego się w siedzibie wiedeń­skich fil­har­moników Joe Bonamassa pokazał swoją drugą, akustyczną twarz. Na taki album fani długo czekali i chyba się nie zawiedli. Na scenie, obok lasu prze­pięk­nych gitar, towarzyszyło Bonamas­sie czterech znakomitych muzyków, z których każdy jest mistrzem w swoim fachu. Gerry O’Connor – specjalista od irlandz­kiej tradycji muzycz­nej, grający na skrzyp­cach i banjo; szwedzki mul­tiin­strumen­talista Mats Wester obsługujący instrument o mocno etnicz­nym charak­terze; klawiszowiec, grający tak samo dobrze na pianinie, co na akor­deonie – Arlan Schier­baum; i fenomenalny per­kusjonista Lenny Castro znany chociażby ze wspól­nych kon­cer­tów z zespołem Toto i set­kami innych, topowych wykonaw­ców. Może także ze względu na towarzystwo Joe Bonamassa dał tu z siebie jesz­cze więcej niż zwykle – mimo, iż wcale nie gra ani ciężej, ani głośniej.

Album „An Acoustic Evening at The Vienna Opera House” wydano zarówno w for­mie audio, jak i DVD. Tej ostat­niej wer­sji należą się zresztą szczególne słowa uznania i mówię to jako osoba, która zwykle nie prze­pada za oglądaniem kon­cer­tów na DVD. Ten jest po prostu śliczny, nie­samowicie miły dla oka. Historyczne wnętrze pew­nie zrobiło swoje, ale naj­więk­sze wrażenie powoduje praca kamer, mon­taż i w ogóle bar­dzo fil­mowa plastyka obrazu. Naprawdę warto popatrzeć.

Rów­nie dobrze, co w roli lidera, spraw­dza się Joe Bonamassa jako członek zespołu, dokładając swoją instrumen­talną cegiełkę do brzmienia cało­ści. Udowod­nił to na roc­kowych płytach Black Coun­try Com­munion i to samo, choć w innej stylistyce, pokazał na albumie for­macji Rock Candy Funk Party – „We Want O Groove”. Jazz, funk i rock, a wszystko to pod szyl­dem for­macji, którą tworzą gitarzy­ści Joe Bonamassa i Ron DeJesus z grupy Planet Funk, na bęb­nach Tal Berg­man współ­pracujący np. z Billy’m Idolem czy Rodem Stewar­tem, basista Mike Mer­ritt i klawiszowiec Prince’a, Renato Neto. Dla miłośników takich jazz-​funkowych improwizacji płyta jest idealna, choć na pewno inna od tego, do czego przy­zwyczaił fanów Bonamassa-​frontman.

Także jako gitarzysta, choć tylko w jed­nym utworze, pojawił się Bonamassa na ostat­niej solowej płycie Beth Hart. Krążek nazywa się „Bang Bang Boom Boom”, a zaczyna pięk­nym, powol­nym „Bad­dest Blues”. Ten udział Joe w nagraniu nowej płyty Beth Hart to oczywi­ście określenie trochę na wyrost, ale można go trak­tować jako zapowiedź drugiej wspól­nej płyty Joe i Beth, której data premiery wypadła20 maja. A co na słuchaczy czeka tutaj? Głos, który dla piszącego te słowa brzmi tu dużo doj­rzalej niż wcześniej; świetna produk­cja i realizacja nagrań; no i same utwory, które bar­dzo dobrze napisano i pierw­szorzęd­nie wykonano. Czasem, tak jak w utworach „Bang Bang Boom Boom” czy mogącym się kojarzyć z muzyką Adele „Thru The Win­dow Of My Mind”, z wszel­kimi znamionami prze­boju. Gdyby tego było mało „Bang Bang Boom Boom” zasługuje na zakup i szczególne miej­sce na półce dla genial­nego, peł­nego nie­po­koju powol­nego bluesa „Caught Out In The Rain” – to takie granie wywołujące ciarki na plecach. Także u fanów Joe Bonamassy.

Prze­mek Draheim

Opublikowano: 2013-05-20 15:16:01
Wydawca: Provogue Records
Posłuchaj: Odsyłacze w tekście

© Blues.pl 2000-2016 | Code & design PMK Design