In English

W roli muzyka

opublikowano w dziale Wydawnictwa

Serialowy dok­tor House, tań­czący z wil­kami Kevin Cost­ner i stojący ponad prawem Steven Seagal to trzej popularni aktorzy, których wspólną cechą jest miłość do amerykań­skiej muzyki, od bluesa po dźwięki współ­czesnego coun­try. Miłość, dodajmy, skon­sumowana, bo każdy z nich z fil­mowych ekranów trafił z własną płytą na sklepowe półki. Cost­ner z grupą Modern West wydał już trzy, Seagal dwie, Hugh Laruie nie­dawno zadebiutował.

For­tepian na pod­łodze i gitary na ścianie w miesz­kaniu medycz­nego geniusza z Princeton-​Plainsboro Teaching Hospital, to jak się okazało nie tylko frag­ment fil­mowej scenografii, ale także nie­skrywana pasja zdol­nego muzycz­nie Hugh Lauriego, który po latach uprawiania muzyki w zaciszu czterech ścian – i kilku fil­mowych scen – dał się namówić wytwórni War­ner i nagrał płytę będącą hoł­dem dla dźwięków nowoor­leań­skiego bluesa. Z pomocą przy­szedł mu uznany producent Joe Henry, znakomici ses­sion­mani z gitarzystą Kevinem Breitem na czele i kojarzone z Nowym Orleanem gwiazdy pokroju Allena Tous­sainta, Irmy Thomas czy innego znanego dok­tora, Dr Johna. Album „Let Them Talk” otwiera poprzedzona epic­kim for­tepianowym wstępem wer­sja klasycz­nego „Saint James Infir­mary”, która ład­nie wprowadza w klimat cało­ści – malowany głów­nie akustycz­nymi instrumen­tami, raczej spo­kojny, przy­dymiony i wieczorowy. Fajer­wer­ków nie ma, jest za to bar­dzo intymna, a przy tym nie­słychanie sym­patyczna płyta, której naprawdę miło się słucha.

Cał­kowicie inny obszar amerykań­skiej muzyki upodobał sobie Kevin Cost­ner, którego nowy long­play – „From Where I Stand” – wydała w Pol­sce wytwór­nia Mystic Produc­tion. Ci którzy znają go przede wszyst­kim z „Bodyguarda”, „Tań­czącego z wil­kami” czy „Nie­tykal­nych” mogą nie wiedzieć, że zanim zaczął grać w fil­mach, grywał muzykę dla przyjem­no­ści. Od kilku lat robi to śmielej występując z własną grupą Modern West. Nazwa wskazuje oczywi­ście na muzykę coun­try, ale jest to takie umiar­kowane coun­try, w którym rów­nie dużo piosen­kowego rocka spod znaku Bruce’a Spring­steena. Jedena­ście zebranych na krążku utworów nie­po­strzeżenie wpada w ucho i chociaż na pierw­szy rzut oka trudno wytypować ten jeden naj­lep­szy, sin­glowy, który od razu rzuca na kolana, już za drugim prze­słuchaniem albumu co naj­mniej połowa piosenek zyskuje status tych ulubionych, których chce się słuchać w kółko i w kółko – taka jest siła dobrej melodii.

Mówiąc o sile – w tym przy­padku sile ciosów – warto, choćby z ciekawo­ści, przy­po­mnieć sobie wydaną pięć lat temu płytę fir­mowaną przez jed­nego z naj­więk­szych, i to dosłow­nie, bohaterów amerykań­skiego kina akcji, Stevena Seagala. Na pierw­szym autor­skim albumie pomieszał wszyst­kie moż­liwe gatunki. Na drugim skupił się na bluesie, chociaż podanym w typowym dla siebie Seagal-​style – jak na bud­dystę z pokaźną kolek­cją broni przy­stało. Na „Mojo Priest” grają z Seagalem między innymi James Cot­ton, Bo Did­dley, Ruth Brown, Big Geo­rge Brock i Hubert Sum­lin. Zestawienie trochę nie­zwykłe i rzeczywi­ście wiel­kie arcydzieło z niego nie wyszło, ale kilka miłych dla ucha piosenek można tam znaleźć – choćby melodyjne „Somewhere In Between” i „Dark Angel” ze ścieżki dźwiękowej filmu „W morzu ognia”.

Warto spraw­dzić, jak ulubiony aktor wypadł w roli muzyka – być może czeka nas miła niespodzianka.

Prze­mek Draheim

Opublikowano: 2011-10-20 10:51:18
Wydawca: Warner Music Poland, Mystic Production, Steamroller Productions
Posłuchaj: Odsyłacze w tekście

© Blues.pl 2000-2016 | Code & design PMK Design