In English

Tom Jones „Spirit In The Room”

opublikowano w dziale Wydawnictwa

W 2010 roku jeden z naj­waż­niej­szych wokalistów współ­czesnej muzyki roz­ryw­kowej – Tom Jones, czy „The Voice” jak mówią o nim Amerykanie – wydał album, którym zaskoczył fanów i krytyków sięgając do bluesa i muzyki gospel. W podob­nym, kameral­nym nastroju utrzymana jest jego nowa, wydana w Pol­sce przez Univer­sal Music płyta „Spirit In The Room”, na którą złożyły się między innymi kom­pozycje wiel­kich son­gw­riterów: Paula Simona, Leonarda Cohena czy Paula McCartney’a.

Wrażenia po otwierającym long­play „Tower Of Song” Cohena? Szok i nie­do­wierzanie. Jak kogoś kto śpiewa taką muzykę – i robi to w t a k i spo­sób – można było nazwać królem kiczu i blich­tru. A jed­nak, szerokiej publicz­no­ści właśnie tak kojarzy się Tom Jones. To smutne, ale trochę zasłużone, bo przez prawie pół wieku swojej scenicz­nej aktyw­no­ści chwytał się Jones wszyst­kiego co świecące i na topie, z popem i muzyką disco na czele. Oczywi­ście, w jego reper­tuarze był też klasyczny soul, co usłyszeć można na czar­nej płycie „Live In Las Vegas” z końca lat sześć­dziesiątych, ale prawda jest taka, że genialny głos cier­piał na brak wła­ściwego reper­tuaru. Aż do płyty „Praise & Blame”, która ukazała się dwa lata temu. „Spirit in the Room” to jej piękna kon­tynuacja – chyba jesz­cze bar­dziej doj­rzała i osobista.

Fascynacja Toma Jonesa bluesem i amerykań­ską muzyką roots może być zaskoczeniem, ale z pew­no­ścią nie dla osób, które znają fil­mową serię „The Blues” wyprodukowaną przez Mar­tina Scor­sese i towarzyszących mu kilku innych wyśmienitych reżyserów – te samą, którą teraz można oglądać w czwart­kowe wieczory w telewizyj­nej Dwójce. W historii brytyj­skiego bluesa, jaką pod skrzydłami Scor­sese opowiedział Mike Fig­gis, sir Jones wystąpił obok Erica Clap­tona, Steve’a Win­wooda czy Johna Mayalla prezen­tując nie mniej­szą niż oni wiedzę na temat wczesnego amerykań­skiego bluesa. No i zaśpiewał w duecie z Vanem Mor­risonem sprawiając, że co nie­którym – łącz­nie z piszącym te słowa – usta otworzyły się ze zdumienia. Na ścieżce dźwiękowej tam­tego filmu Tom Jones pojawia się w czterech utworach. Na „Spirit In The Room” tych root­sowych kawał­ków jest dziesięć na wer­sji w plastikowym pudełku, i aż trzyna­ście na wer­sji deluxe wydanej w digipacku.

O wyborze piosenek wspo­mniałem – numery Paula Simona, Leonarda Cohena, ale też Odetty czy Blind Willie’go John­sona (poniżej, w dostęp­nej na YouTube wer­sji live) na płycie pierw­szego playboy’a brytyj­skiej sceny muzycz­nej? A jed­nak. Wybór kom­pozycji może na pierw­szy rzut oka nie­typowy, ale pasujący jak ulał do wokalisty, kto zamiast o miłosnych pod­bojach śpiewa o sprawach bliskich komuś, kto znalazł się u kresu swoich dni. Sporo w tym oczywi­ście literac­kiej prze­sady, bo Tom Jones, nie wybiera się jesz­cze na tam­ten świat, ale ma już ponad siedem­dziesiąt lat i chyba wresz­cie wyszedł z gar­nituru, jaki skroili na niego spece od wizerunku z dużej wytwórni. Tu nie ma pozowania czy kreowania się na kogoś innego. Są za to mądre, przej­mujące piosenki zaśpiewane jak coś naj­waż­niej­szego w życiu. Tak jak w „Tower Of Song”, gdy Jones śpiewa: „I was born with the gift of the gol­den voice”, niby nic się nie dzieje, ale jego artykulacja miaż­dży wszyst­kie inne wykonania tego cohenow­skiego ever­greena. Zresztą, kto to widział, żeby siedem­dziesięcioletni wokalista miał t a k i głos – rów­nie silny co czter­dzie­ści lat wcześniej. A nawet więcej, siła głosu się nie zmieniła, ale jego barwa już tak – jest głęb­sza, peł­niej­sza, doj­rzal­sza, bogat­sza. Nie sądzę, żeby Tom Jones kiedykol­wiek wcześniej brzmiał lepiej niż na tych dwóch ostat­nich płytach. Wielka to zasługa producenta obu albumów, Ethana Johnsa – który ubrał głos naszego bohatera w zupeł­nie nową dźwiękową przestrzeń.

To on wpadł na pomysł, żeby głos naszego krzykacza ubrać w surowe, root­sowe aranże. Nie ma tu sek­cji dętej czy nie­po­trzeb­nych ozdob­ników. Są za to (czasem) brudne w brzmieniu gitary, delikatna sek­cja z genial­nym soun­dem bęb­nów i kilku pierw­szorzęd­nych studyj­nych muzyków, no i chór w jed­nym z utworów. Głos, oczywi­ście, jest na pierw­szym planie, a całość kojarzy się trochę ze ostat­nimi nagraniami Johnny’ego Casha z serii „The American Recor­dings”, no i chyba trudno o lep­szy kom­plement. Dla tych, którzy dotąd nie wiązali Jonesa z dobrą muzyką, płyta na zmianę zapatrywań. Nie­łatwa, ale zapew­niam, warta uwagi.

Prze­mek Draheim

Opublikowano: 2012-07-24 22:35:34
Wydawca: Universal Music
Posłuchaj: www.amazon.co.uk

© Blues.pl 2000-2016 | Code & design PMK Design